codzienność w monochromie.
Aż 5 filmów leży u mnie w głowie na półeczce ‘do wspomnienia’. Wszystko przez wspomniane wcześniej powody. W każdym razie - coby nie było.
O filmie słyszałem dużo wcześniej. Zapowiadał się wspaniale, więc wyczekiwałem go z ciekawością. Trailery pokazywały wspaniałe widowisko przede wszystkim sycące oczy - coś co lubie. Gdy wychodziłem z kina, moje oczy były nasycone, a dopełnieniem wizualnych cudów była całkiem miła i ciekawie przedstawiona historia.
Film opowiada o historii dziewczynki, którą ojciec wraz z siostrą sprzedał do najprościej mówiąc -najstarszego zawodu świata. Różnica jednak pomiędzy hm… kobietą lekkich obyczajów a gejszą jest zasadnicza - ta druga jest faktycznie panią tylko i wyłącznie do towarzystwa. I właśnie Sayuri (grana przez Zhang Ziyi - co ciekawe - pani ta raczej w większości przypadków grywała role… kopane - jej bohaterki potrafiły skopać tyłek większości facetów na ekranie…) zostaje kandydatką na gejszę.
By nie psuć komuś frajdy z oglądania (są jeszcze tacy ? ;P) powiem tylko, że Sayuri zostaje jedną z najsłynniejszych gejsz jakie istniały. Zakochuje się w ministrze… i wszystko kończy się w miare dobrze, pomimo wojennych zawirowań, jakie ogarniają uwczesną Japonię.
Film jak już wspominałem jest ucztą dla oczu. Kolory, krajobrazy… wszystko to buduje niepowtarzalny klimat i tajemniczość, dodatkowo podsycaną japońską tradycją. Co ciekawe - film robiony przez amerykanów - pokazuje moim zdaniem Japonię, jaką widzą gaijini - czyli obcokrajowcy. Właśnie dzięki temu (podobnie jak w moim odczuciu Ostatni Samuraj) obraz który jest nam serwowany pokazuję tajemniczość i piękno tego kraju w tak specyficzny sposób. Warto wspomnieć jeszcze o muzyce, której twórcą jest John Williams - nominowany właśnie za ową muzykę do oskara.
Na film wybraliśmy się z Yard zaintrygowani odrobinę trailerami, oraz zachęceni całkiem interesującą obsadą - Denzel Washington, Clive Owen oraz Jodie Foster. Niewiele wiedząc o samym filmie poszliśmy trochę ‘w ciemno’ - i warto było.
Film Spike’a Lee opowiada historyjkę pewnego napadu na bank. Obrazuje cała akcję policyjną, negocjacje z napadającymi, którzy wzieli zakładników, to co dzieje się w samym banku … i poza nim. Bo jak to bywa w tego typu filmach - chodzi jak zwykle nie o to o co chodzi tak naprawdę…
Nie jest to film, który zrywa czapkę - napięcie nie jest stopniowane jak u Hitchcocka, ale mimo wszystko ciągle rośnie. Powoli, acz stanowczo. Fabuła wciąga, dodatkowo całkiem dobra gra wspomnianej już obsady - wszystko to spowodowało, ze z kina wyszliśmy zadowoleni. Jak dla mnie film warty obejrzenia.
Daruję sobie szukanie plakatu filmu oraz jego strony. Powiem tak - jest słabsza od jedynki. Dialogi dają radę (jak to ostatnio bywa w przypadku polskich dubbingów w animacjach), Sid jest dalej taki roztrzepany (jednocześnie jego mądre przemyślenia są boskie), hitem sezonu są oposy (to ze względu na koszatniczki, które moja kobieta od niedawna hoduje - są dosyć podobne.).
Poszedłem dla zasady - ani się zawiodłem, ani nie wyszedłem podjarany na maksa. Jeżeli chcecie - możecie obejrzeć, jeżeli nie - dużo nie stracicie. Na pewno wierną widownią będą dzieci - jak to zwykle z animacjami bywa.
Kontrowersje i dyskusje jakie rozgorzały na długo przed premierą filmu (spowodowane zapewne książką Dana Browna) jeszcze bardziej podsyciły moją ciekawość. Tak więc wybrałem sie do kina w towarzystwie znajomych, by rzucić okiem i przekonać się (bo lubię sprawdzić sam, by móc wyrobić sobie własną opinię), cóz takiego w tym filmie powoduje aż takie negarywne nastawienie do niego.
Głównym bohaterem jest niejaki Robert Langdon, profesor Harvardu, zajmujący się… symboliką. Gdy przebywa w Paryżu na wykładach, zostaje wciągnięty w pewną intrygę. Całość ma związek z tajemnicą jakiej strzegli rycerze zakonu Templariuszy, do tego wszystkiego wmieszane jest Opus Dei… no i jak zwykle - jeśli są templariusze, to musi być także mityczny Graal.
Podszedłem do filmu na pełnym luzie - oglądałem go jak każdy inny film, w związku z czym wydaje mi się, że całą burzę jaką wywołał, spowodowało zbyt poważne traktowanie historii, którą opowiada. Z jednej strony tematyka którą porusza jest dosyć mistyczna, z drugiej strony nie nazwałbym Kodu filmem obrazoburczym. Ot - przedstawia on jakąś teorię - zapewne jedną z wielu istniejących.
Co ciekawe - film o takiej tematyce jak dla mnie sprawia wrażenie filmu przygodowego - a niestety w tym gatunku, to nawet Skarb Narodów, który uważam za taki sobie, jest dużo lepszym filmem przygodowym.
Na pewno warto polecić muzykę, choćby ze względu na kompozytora - Hansa Zimmera. Sam film ? Można go obejrzeć. Nie należy się ekscytować. Da się go przeżyć. Mnie osobiście podobała się jedna, końcowa scena, gdy Langdon klęka nad Luwrem - niczym templariusz.
Jak już wielokrotnie wspominałem - jestem fanem komiksów. Może nie maniakalnym, ale n-ta (tm by Ges - n-ta bo dokladnie nie pamietam ;P) muza, jak nazywaja komiksy, jest podobnie jak kino, moją fascynacją. Tym bardziej gdy nadaża się okazja, kiedy to obie fascynacje sie łączą - jestem wtedy bardzo zainteresowany taką produkcją.
Fabuła trzeciej cześci nawiązuje do wydarzeń z drugiej - dwa główne wątki to kwestia leku, który opracował rząd (lek ów służy leczeniu mutacji) oraz temat troche poboczny, jednak nie mniej ważny dla historii opowiadanej przez film - Dark Phoenix, czyli mroczne wcielenie Jean Grey. W związku z pierwszym motywem pojawia się oczywiście Magneto wraz ze swoim Bractwem Mutantów, w związku z drugim mamy możliwość obejrzenia Famke Jenssen w niesamowitych scenach z udziałem efektów specjalnych, które jak dla mnie były doskonale przygotowane.
Jak to bywa w kolejnych częśćiach tej serii - zmieniła się troszeczke obsada teamu X-Men - pojawia się Henry McCoy ‘Beast’, Piotr Nikolaievitch Rasputin, czyli ‘Colossus’ oraz Katherine “Kitty” Pryde. Zobaczeć możemy także piękne skrzydła Warrena Worthingtona III - znanego fanom komisku jako ‘Angel’ - nie występuje on jednak w barwach X-Men (narazie ?).
Ciekawostką jest fakt, że reżyserią nie zajął się jak to było w przypadku dwóch pierwszych części, Brian SInger, który zrezygnował z tego stanowiska na rzecz fotela reżysera przy kręceniu Powrotu Supermana (na który na pewno pójde !!!), a pałeczkę po nim przejął Brett Ratner. Musze przyznać, że miło się zaskoczyłem - film nawiązuje do poprzednich i dosyć dobrze trzyma styl narzucony przez Singera.
Jak dla mnie - była to uczta warta obejrzenia - w szczególności sceny z Dark Phoenix wgniotły mnie w fotel, tak więc wszystkim fanom kina opartego na produkcjach Marvel/DC Comics jak najbardziej X:3 polecam.
Ufff. Dawno już tyle nie napisałem…
WordPress database error: [Table 'monochrome.weblog_comments' doesn't exist]
SELECT * FROM weblog_comments WHERE comment_post_ID = '134' AND comment_approved = '1' ORDER BY comment_date
No Comments
Please Wait
Leave a Reply